Przejdź do treśći

Felieton

Kompot z suszu

Kompot z suszu na świątecznym stole

Kompot z suszu pojawił się na wigilijnym stole w moim domu jeden jedyny raz. Grudzień tamtego roku był słaby. Podobnie jak wrzesień, październik i listopad.  Mam w głowie kilka wyraźnych stop-klatek z tego okresu. Sklepik szkolny, w którym piję „Ptysia”, napój gazowany o smaku pomarańczowym w szklanej butelce, zamykanej kapslem. A potem biegnę do toalety. Albo najpierw toaleta, a potem Ptyś. Albo dwa, jeśli dysponowałam większą gotówką. Pamiętam, jak którejś nocy obudziłam się pijąc antybakteryjny tonik do tworzy Clerasil, który stał obok mojego łóżka. Smakował okropnie. Wcześniej miałam piękny sen, że sięgam po zimną colę z bąbelkami … Pamiętam zasłyszane przypadkiem rozmowy moich rodziców. – Coś jej jest. Źle wygląda. Dużo pije. Może ma wiesz co … Nie, to niemożliwe … – Mój ojciec w czasach studenckich miał kolegę, który codziennie w akademiku gotował szklane strzykawki. Rodzice dobrze rozpoznawali objawy, ale nawzajem przekonywali się, że to przecież niemożliwe. Ja też z uporem maniaka twierdziłam, że czuję się świetnie. Byłam chuda i blada – mój ideał piękna od zawsze.

Przyszły święta i oprócz barszczu z uszkami, karpia, śledzi, kapusty z grzybami i pierogów pojawił się także ten nieszczęsny kompot z suszu. Ponoć nie był najlepszy, bardzo intensywny, pewnie należało go bardziej rozcieńczyć wodą. Pamiętam, że miał ładny kolor, kiedy w przezroczystym dzbanku stał na wigilijnym stole. Pamiętam też, że jego zapas stacjonował w kuchni w zielonym, 5-litrowym garnku. Nie pamiętam, jak to się stało, że rankiem w dzień Bożego Narodzenia garnek był pusty. Mama w pierwszym momencie pomyślała, że ktoś przez przypadek wylał jej kompot. A potem nastąpił moment, jak z kreskówki, kiedy pytające spojrzenia rodziców, dziadków i rodzeństwa – w sumie 6 par oczu – jednocześnie skierowały się w moją stronę. A ja już wiedziałam, że się nie wymigam od odpowiedzialności wypicia w ciągu jednej nocy 5-litrowego gara kompotu z suszu.

To, że wcześniej w tajemniczych okolicznościach w ciągu dwóch dni znikały tygodniowe zapasy wody mineralnej dało się jeszcze jakoś ominąć. Kompot jednak zdemaskował mnie na amen. Karą za me przewinienie miała być wizyta u lekarza i pobieranie krwi z żyły. Coś, co na tamtym etapie życia wydawało mi się koszmarem nie do przejścia. No więc 28 grudnia 1993 roku zostałam niemal siłą zaciągnięta do dyżurującego pediatry w małym przeworskim szpitalu. Przeżyłam pobieranie krwi tylko dlatego, że zamknęłam oczy, byle nie widzieć igły sterczącej w zgięciu ręki (z tego patentu korzystam zresztą do dzisiaj). Z racji małego ruchu w szpitalu, wyniki badań laboratoryjnych miały być za pół godziny. Czekałam z mamą pod gabinetem lekarki. Przyszły wyniki, ale na widok glikemii 371 mg/dl pani doktor stwierdziła, że to niemożliwe. Na szczęście nie musiałam po raz drugi przeżywać pobierania krwi. Do tego, by potwierdzić, że to faktycznie niemożliwe miało wystarczyć badanie moczu. Zawartość cukru w moczu wynosiła 15 proc. Niemożliwe stało się możliwe.

Poznaj naszego eksperta

Małgorzata Marszałek

Małgorzata Marszałek

Rzecznik Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków. Dziennikarka specjalizująca się w tematach zdrowotnych. Chętnie pisze o cukrzycy, którą postrzega jako pewien styl życia, a nie przewlekłą chorobę. Mama 5-letniej Poli, wegetarianka i właścicielka kota Oskara :)

Zobacz także

Polecane produkty