Przejdź do treśći

Felieton

Karp

Świąteczne nakrycia na stole

W połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku Koleżanka Małżonka wysłała mnie w Wigilię rano do Warszawy po karpia w czymś tam. Karpie te, niewyobrażalnej wręcz dobroci, produkował jedyny punkt garmażeryjny w Warszawie i okolicach.

Pamiętajmy jak było, ale właściwie, po co ja to piszę? Kto z racji wieku pamięta, ten wie, a kto był za młody, może lepiej żeby nie wiedział. Nie było takiego zaopatrzenia w artykuły spożywcze jak dziś i lepsze kąski trzeba było wynajdywać, dowiadując się o nich pocztą pantoflową. Na karpia w czymś tam trzeba było się zapisać i chyba zapłacić z góry. W każdym razie rzecz była wyjątkowo cenna i do odebrania w Wigilię przed południem.

Więc pojechałem. Wprawdzie od samego rana byłem ganiany na zasadzie „przynieś, podaj, pozamiataj” –  mężowie wiedzą jak to hula –  i nie dojadłem, ale nawet nie miałem czasu, żeby o tym pomyśleć. A insuliny były wtedy zupełnie inne niż dziś i łatwo było o hipoglikemię.

 Nie wiem jaka dobra wróżka wysłała razem ze mną mojego Ojca.

Dojechaliśmy w pobliże miejsca docelowego, bo nie dało się sensownie zaparkować (już czułem się nie za bardzo), zostawiłem Staruszka w samochodzie i poszedłem po karpia. Nie doszedłem. Poczułem, że zaraz padnę. Wszedłem w pierwsze drzwi, jakie mi się nawinęły (to chyba był jakiś barek), doszedłem do lady i chwilowo zniknąłem ze świata ludzi przytomnych.

Ojciec siedział cierpliwie godzinę - może kolejka, może jeszcze robią- a potem zostawił niezamknięty samochód (przezornie zabrałem kluczyki) i poszedł mnie szukać. Szybko stwierdził, że po karpia nie dotarłem i wszczął alarm. Nie mógł trafić na mój ślad, bo zszedłem sobie dyskretnie, w lokalu na boku. Dziś takie rzeczy łatwo się mówi. Wtedy nie było Internetu, ani telefonów komórkowych. Ojciec znalazł (!) działającą budkę telefoniczną i zadzwonił do domu, a rodzina rozpoczęła akcję poszukiwawczą. Policja, pogotowie, izba wytrzeźwień (może ktoś się nie poznał) i wszystkie warszawskie szpitale. Zero trafień. Był człowiek - nie ma człowieka. No i nie ma karpia. Ojciec nie zabrał, miał co innego na głowie.

Wyobraźcie sobie, że pogotowie, które oczywiście zostało wezwane przez obsługę barku, nie przyznało się, że miało takiego delikwenta. Nawet im się nie dziwię. Leży, nieprzytomny, pierwsze badania w normie, wódką nie zionie, a kontaktu nie ma. Kłopot. Zajrzeli do dowodu, zobaczyli, gdzie mieszkam i odstawili do szpitala najbliższego mojemu miejscu zamieszkania, czyli do Pruszkowa. A rodzina szukała mnie w szpitalach warszawskich, bo przecież tam zniknąłem.

Straszna sprawa. Wigilia nieubłaganie nadciąga, karpia nie ma, kurier zniknął, otwarty samochód w środku Warszawy i co dalej. Najpierw zajęli się oczywiście samochodem. Pojechało dwóch kierowców z zapasowymi kluczykami i przywieźli (no niesprawiedliwy jestem, bo akcja telefoniczna trwała bez przerwy). Ale potem pomysły się skończyły i pozostało czekanie. Nie ma nic gorszego.

A ja sobie bujałem w niebycie. Zrobili mi wszelki dostępne wtedy badania i wszystko wydawało się w porządku, tylko delikwent nieobecny. Wreszcie dyżurna lekarka przeczytała ze zrozumieniem wyniki badania krwi i bez dalszej zwłoki zaaplikowała kroplówkę z glukozy. Ocknąłem się w mgnieniu oka. Rozglądam się - szpital. Ale który? Przechodzi jakaś biało ubrana kobieta, więc pytam, jak człowieka - Gdzie ja jestem? - A ona słodziutko - A jak się panu wydaje? - I poszła. - Co za idiotka?- pomyślałem. Co tu robić? Podpięty jestem do kroplówki, nie problem, można wziąć w garść, ale widzę, że mam na sobie tylko górę od dyżurnej szpitalnej piżamy. Jak wstanę szukać kontaktu, z kroplówką w ręku i gwizdkiem na wierzchu, odstawia mnie zaraz po sąsiedzku do Tworek.

Na szczęście trafił się wkrótce ktoś kumaty. Podałem numer telefonu do domu i mnie odebrali.

Na Wigilii nie było tylko karpia. Ale tak zadowolonej rodziny dawno nie widziałem. Może mnie lubią?

Poznaj naszego eksperta

Kuba Odechowski / Apteline.pl

Kuba Odechowski

Pasjonat dronów z długim stażem cukrzycy typu 1.

Zobacz także

Polecane produkty